Słońce w Portimão dobrze prażyło, chociaż miało się już ku zachodowi. W hotelu cisza i spokój. Tak, dobrze było wpaść kilka dni wcześniej i skorzystać z uroków portugalskiej wiosny. Spokój mąci telefon. Dzwoni Artur, skipper: “Zmiana planów. Jeśli chcesz, możemy startować już jutro rano z Kadyksu. Adam i Jacek są już w Portimão, wynajęli auta i startują w nocy – skontaktuj się z nimi”. Rozejrzałem się dookoła: czekać czy rzucić to wszystko? W godzinę byłem spakowany. Chłopaki zgarniają mnie w środku nocy, a w Faro, dołącza do nas Paweł z nieodłączną aurą huraganowego spokoju. Wraz ze świtem zajeżdżamy do portu w Kadyksie, gdzie czeka nas wymiana załogi – nasi poprzednicy (twarze doświadczone, brody okazałe, dowcip cięty), gadają coś tam hermetycznie o swoich przygodach. Szybka graba “każdy z każdym”, po czym wsiedli do przyprowadzonych przez nas aut.

Selma stoi przy kei. Typ: Reichel-Pugh 48, kadłub prawie 15 metrów, maszt strzela gdzieś panu Bogu w okno, wszystko tu błyszczy sterylnym minimalizmem, kabestany srogie jak totemy morskich bałwanów, mało rzeczy tu wygląda swojsko: żadnej poczciwej knagi, ławeczki, przytulnego barachła pokładowego. Wszędzie za to tworzywo, błyszczy metal, takielunek i mechanizmy takie, że człowiek odruchowo szuka instrukcji obsługi. Witamy w XXI wieku. Tymczasem gonią już pod pokład, a schodzi się tam jak do brzucha jakiegoś syntetycznego Lewiatana. 

Na dole, jak i na górze, miejsca dużo, zbędnego obciążenia mało. Rufa jak szeroki i niski tunel, kilka podwieszanych koi, leżą płasko żagle, na nich karimaty. Schylasz się i wpełzasz w pieszczotę klaustrofobii, nad głową tupanina w kokpicie niesie się jak cholera, wibracje lin i zgrzyty kadłuba słychać, że aż ciarki po plecach idą. Pod zejściówką kolumna z kilkoma półkami na “niezbędności”, pod trap wciśnięty podwieszany palnik. “No, wielkiego gotowania tu nie będzie” – myślę, patrząc na smętnie bujający się czajnik, umocowany paroma elastycznymi linkami. Patent tyleż sprytny co konieczny – poznałem go jako nowy element olinowania: “czaj-sztagi”. Śródokręcie – po jednej bakiście i zbiorniku balastowym na burtę, niewielki stolik nawigacyjny i dwie liny-poręcze ciągnące się “u sufitu” aż do dziobowego. Na nich podzwaniają karabinki, czołówki, zwisają reflinki okulary słoneczne i ręczniki. Każdy próbuje jakoś oswoić nową przestrzeń. Podłoga cała tutaj w pasach przeciwpoślizgowej, chropowatej maty. Na dziobie “przedział mokry” – żagle, (od cholery ich tu mają!), nasze sztormiaki, gumiaki i kamizelki. Wieszak, na nim numerek, każdy ma swój – nie pomyl, dopasowana własna uprząż to sprawa kluczowa.

Opuszczamy Kadyks. Kapitan jak zwykle komenderuje fachowo i na luzie, mi całkiem nieźle idzie nie wypadanie za burtę, wrzaski Adasia (uwagi chłop ma same fachowe, ale poniżej 100 decybeli nie zejdzie, nie ma zmiłuj) robiącego tu za bosmana, szybko przechodzą, obok wrzasku mew do kanonu morskich melodii, tak miłych żeglarskiemu uchu. Po drodze, w Portimão dołącza reszta załogi i życie przechodzi w znany wszystkim dobrze rytm wacht, odpoczynku, posiłków i błogosławionej morskiej rutyny.

Ale co to za rutyna, kiedy płynie się na Selmie!

Po wyjściu z Portimão mijamy żwawo cypel Cabo de São Vicente, osiągając tym samym pełen ocean. Pod fachową komendą Artura, Jacka i Adama (chłopaki ze stałej załogi), prędko oswajamy się z każdą linką, śrubką i szeklą . Wieje 25 do 30 węzłów, refujemy grota i zmieniamy foka. Rumpel raz chce wyrwać łapę z barku, a to z kolei wystarczy lekkie drgnienie ręki sternika, żeby nad uchem już ktoś Ci piłował “kuuuuurs, trzyyymaj!”.

Szybka jazda trwała aż do nocy, kiedy to wiatr osłabł do 10-15 węzłów. Na pełnym grocie i foku halsujemy w kierunku północnym wzdłuż brzegu Portugalii. Prognozy pogody i perspektywa zbliżającego się sztormu na Biskajach sprawiają, że prędka żegluga na północ to nasz absolutny priorytet. W związku z tym z Porto nici. Trudno. Odbijemy sobie we Francji! Nikt nie oponuje, nagle wszyscy przypominamy sobie, że sery i bagietki to jest to, a wino – no cóż, tam też jest. 

Po sobotniej nocy przejechanej z dobrą prędkością przy wietrze 10-20 węzłów, przyszedł czas na śniadanie. Mamy wszak Wielkanoc! Do świątecznego posiłku zasiedliśmy w południe, kiedy już wszystkie wachty były znowu “na chodzie”. Dzień był ciepły i słoneczny, toteż z przyjemnością zgromadziliśmy się na pokładzie. Uroczysta przemowa Kapitana podniosła morale i umocniła dobry nastrój. Na “stół” powędrowały najlepsze przysmaki z naszej spiżarni, zaś listę potraw zwieńczył biszkoptowy baranek i flaszka wina. Po chwili, wszyscy już wylegiwaliśmy się najedzeni i zadowoleni z naszych morskich obchodów Wielkanocy. W dalszej części dnia, “peelingując” foka zmieniliśmy go na genuę co dało nam prędkość rzędu 8,5-9 węzłów. Minęliśmy Porto (jeśli kto był z faktu tego nierad, to po sobie poznać nie dał – takie byliśmy zuchy!) wyciskając ile się da z półwiatrowego kursu. Co sił gnamy w stronę Cabo Finisterre żeby osiągnąć czym prędzej Biskaje. I, na Neptuna!, czym prędzej je opuścić.

Co się potem działo, to się podziało, przywołajmy zatem wpis (niech was nie zmyli jego poczciwa lakoniczność!) z dziennika pokładowego, który do dziś sprawia, że żołądek podjeżdża mi do gardła: “18.04.2017 Jest trochę więcej wiatru niż w prognozie. Od 20:00 do 04:00 wiało 35-40 kts. Testowaliśmy zestaw fok sztormowy i drugi ref na grocie. Ostro do wiatru. Od świtu słabnie, chyba więc wychodzimy ze strefy sztormu. Ciśniemy 8 kts na 015. Do Brestu jednym halsem raczej nie dojedziemy.”

Jak się pewnie domyślacie, te “trochę” i “raczej” stanowią esencję tego cośmy tam przeżyli. No, ale podsumujmy! Po ponad pięciu dniach po wypłynięciu z Portugalii przypłynęliśmy do Brestu na północy Francji. Blisko 900 Mm, średnia prędkość 7 węzłów. Bardzo często jechaliśmy po 8-9 kts na wiatr. W tym dwie doby żeglugi przez Zatokę Biskajską przy wietrze, który nie chciał schodzić poniżej 30 węzłów – ostra jazda. W końcu dotarliśmy do Brestu. Na czas i z fasonem! W dzienniku pokładowym zapisano: “W Breście suszenie jachtu. Regeneracja sił i poznawanie uroków miasta.”

Gdyby ktoś nas wtedy widział, zapamiętałby to pewnie ciut inaczej:

Środek nocy, od strony wzburzonego morza nadciąga Selma, jak jakiś widmowy holender i z jakimś anty-Jonaszem (wiatrów nie brakowało!) na pokładzie. Bezszelestnie przybija do kei. Stłumione głosy. Szybki abordaż na pomost. Dziewięć cieni mknie w mrok. Każdy dźwiga jakiś tobół. Przemytnicy? Komandosi? Atlantyccy Assasyni? Tymczasem kolejne punkty portu opanowane. WC namierzone, prysznice – pod kontrolą. Jeśli gdzieś był grzejnik, już zaraz zwisa tam sztormiak, gumiak. Budynki kapitanatu. to nas cel ostateczny – uderzamy bez litości na pralnię, tam są suszarki! Operacja Sanitarny Tajfun zakończona. Kwadrans później mieliśmy w garści cały port, razem z bambetlami schniemy wesolutcy w suszarni, osuszamy przy okazji poręczny i z pozoru bezdenny bukłak wina.

Do świtu jeszcze czas, schodzimy się więc wszyscy wyszorowani i zagrzani, nastawiamy kolejne pralkosuszarki. W między czasie znalazła się w końcu otwarta (a może nigdy nie zamykana?) tawerna. “Bon Jour, my jesteśmy navis Polonnais, neuf bierre sil vous plait!”. Francuski Kapitana jak zwykle błyszczy i zjednuje sobie szacunek autochtonów. Idzie kolejka, może dwie. Zanim na dobre wstał świt, spaliśmy już pod pokładem jak susły. Nareszcie sucho, nie wieje i nie buja. 

Po przebudzeniu i wyrzuceniu spod pokładu wszystkiego, co “złapało” wodę (czyli po prostu: wszystkiego) na keję, czym prędzej opuściliśmy pobojowisko. Brest to ładne i gościnne miasto. Północ Francji to region spokojny i mało pretensjonalny, tak więc dostosowaliśmy się bez problemu: zwiedzanie – godzina, luksusowy posiłek w restauracji z kebabem – godzina, zakupy prowiantu – godzina (a powinny być ze dwie, bo za mało tego było. Superintendent dał się zwieść “zużyciu paszy” mierzonym w racjach sztormowych i nie docenił wilczych apetytów zmartwychwstałej i ozdrowiałej cudownie załogi).

Z Brestu wyszliśmy nocą, przed nami Kanał Angielski, dalej zwany (ze względu na uprzejmość dla naszych gospodarzy) z francuska: La Manche! Jaki Kanał jest, każdy widzi, zatem nie ma się co produkować. Z rzeczy wartych wzmianki, po drodze udało się wyciągnąć fachurom z tzw. Wesołej Wachty oszałamiające 11 węzłów. Wrzaski radości obudziły całą śpiącą łajbę i połowę topielców spoczywających pod francuskim Finistère (trzy raz dopłynęliśmy na tym rejsie do Końca Ziemi (łac.: finis terrae), bo każdy ma swój: Francuzi, Hiszpanie i Anglicy). Ponieważ wiatry sprzyjały, spory kawałek zasuwaliśmy na spinakerze, łapiąc wiatr, trymując, odpadając, ostrząc, łapiąc wiatr… sama radość! 

I tak praktycznie aż do samej Isle of Wight, gdzie minęliśmy spiczasty, że aż kłuło w oczy, cypel The Needles. Zacumowaliśmy wreszcie w Cowes (piersi dumnie wypięte, a na twarzach duma taka, że niemal nam salutowali), regatowej stolicy Wysp i czym prędzej ruszyliśmy na ląd, w ramach dobrze opanowanej metodologii: szybkie uderzenie na lokalny fish & chips a potem do pubu. Tym razem darowaliśmy infrastrukturze sanitarnej. Cała reszta to już jak z żeglarskiej sielanki: toasty, deklaracje dożywotniej przyjaźni, śmiech do łez z dowcipów o harcerskim dżemie i kolejka kolejki zacnego, miejscowego Ale.

Obudziłem się nazajutrz. W głowie huczało od płomiennych przemów Winstona Churchilla (skąd one się tam wzięły?) i kombatanckich historii z siedmiu mórz rodem. Majaczyły zdarzenia prawdziwe i urojone. Za to nie wiało i nie bujało. “Pusto jakby” stwierdziłem, rozglądając się dookoła. Prawda – większość załogi musiała od rana łapać swoje promy, busy i samoloty. Tak oto po cichu, choć zwieńczony hucznie, dobiegł końca nasz rejs, najwspanialsza przygoda Selmy Racing na Atlantyku!

Relacja: Aleksander Rzetelski

 

Facebook
Facebook
YouTube